Po zapoznaniu się z ostatnim tekstem naszego znakomitego kolegi i autora Blogosfery, pozwolę sobie wejść w polemikę z najnowszym artykułem dotyczącym patroli obywatelskich na naszej zachodniej jak i wschodniej granicy kraju. Chcę w tym tekście zarysować inne spojrzenie na realny problem jakim jest ciężka sytuacja związana z nielegalną migracją w naszym kraju. Będę posiłkował się cytatami z tekstu aby nadać fragmentom odpowiedni kontekst.
Współczesna polityka coraz częściej sięga po narzędzia emocjonalne, porzucając debatę opartą na rozumie na rzecz narracji lęku, nieufności i wykluczenia. Szczególnie niepokojące jest to zjawisko w przypadku ugrupowań, które kreują się na obrońców narodu i tradycji, a jednocześnie konstruują obraz wroga wewnętrznego i zewnętrznego […]
Należy zgodzić się z tym fragmentem, niezależnie od tego po której stronie sceny politycznej się opowiadamy. Niezmiennie od 2020 roku media eskalują produkcję materiałów i treści pod kątem wywoływania lęku u swoich odbiorców. Lęk ten stanowi psychologiczny moment wyczekiwania, będący w swojej istocie czynnikiem uzależniającym odbiorcę. Oczekuje on poprawy sytuacji i próbuje wypatrywać jej w coraz to nowszych materiałach mediów. Nieścisłość tego fragmentu polega na tym, że te ramy czasowe nie zostały wyraźnie zaznaczone i można by (niesłusznie) wnioskować, że narracja lęku dotyczy tylko i wyłącznie kwestii migracji. Dotyczy ona również ,,nowych” chorób, fikcyjnego zwiększenia się poziomu kataklizmów, relacji na żywo z miejsc od lat objętych wojną czy arbitralnego relacjonowania przebiegu konfliktów zbrojnych – tak jak ostatnie medialne przyćmienie ludobójstwa w Palestynie dokonywanego przez Izrael na rzecz przedstawienia Izraela jako ofiary Iranu.
W kontekście migracji, ciężko jest dostrzec aby media realnie przedstawiały migrantów podrzucanych Polsce przez Niemców, jako wroga zarówno wewnętrznego jak i zewnętrznego. Cały problem leży w statusie migranta, który nie znajduje się w naszym kraju legalnie, a służby niemieckie zdają się eskalować ten problem nierzadko przemocą, podrzucając nam nowych migrantów. Tu warto zaznaczyć, że na naszej wschodniej granicy przekroczenie granicy przez żołnierzy czy funkcjonariuszy białoruskich miało charakter incydentalny, na granicy niemieckiej natomiast jest on nagminny. Gdyby służby Niemieckie stosowały się do wypracowywanych przez lata w Europie zasad zapobiegania takim kryzysom, temat nabrałby zupełnie innego wydźwięku i wymagałby współpracy służb.
Ich język – pełen pozornie niewinnych metafor, patriotycznych odniesień i troski o bezpieczeństwo – staje się platformą do dehumanizacji i przemocy symbolicznej.
Tutaj warto jednak podać konkretny rodzaj mediów, które stosują taką retorykę. Część z mediów problemu nie dostrzega w ogóle, część promuje pogląd jakoby to Polskie służby działały przeciw Polsce ponieważ nie wpuszczają do nas migrantów. Nieco bardziej prawicowe media przedstawiają problem w taki sposób, że to nie migrant a polityka krajów z których przybywa coraz więcej nielegalnych migrantów jest źródłem problemu. Te media, które faktycznie mogą wskazywać na migranta jako źródło problemu, z pewnością nie są dostępne tak łatwo jak mainstream a szukać należy ich w czeluściach internetu.
Chciałbym jednak zatrzymać się na dehumanizacji i przemocy symbolicznej. Czy aby na pewno problem jest jednostronny?
Mowa w tym fragmencie o dehumanizacji i przemocy symbolicznej. Czy zatem atak 19-letniego Wenezuelczyka na Polkę i wydłubywanie oczu śrubokrętem oraz gwałt również nazwiemy przemocą symboliczną czy już pełnoprawną? To samo pytanie mógłbym zadać w kontekście 21-letniego Nigeryjczyka atakującego Polaka na siłowni w Katowicach młotem do ćwiczeń albo chociażby nielegalnego 50-letniego imigranta z Jamajki, który dźgał nożem 27-letniego Polaka.
Takich przypadków przez ostatnie lata moglibyśmy mnożyć w setki. Problem nie tkwi w dehumanizacji migranta jako człowieka, ale w uzasadnionym domniemaniu dehumanizacji innych w oczach migranta, który swoje instynkty przeobraża w czyn, nad czym nikt nie może mieć kontroli poza nim samym. Widać w tym momencie, że nawet jeśli przywołujemy ws. przemoc symboliczną, której istnienia nie mam zamiaru negować, to jest ona niewspółmierna do realnej przemocy, którą już lata temu znaliśmy z przekazu medialnego nawet mainstreamowych mediów, relacjonujących morderstwa czy ataki w centrum Londynu, Sztokholmu czy Paryża. Jeśli mówienie o tym jest już kryterium przemocy symbolicznej, to spełniają je wszystkie media mainstreamowe.
W retoryce tych ugrupowań dominuje język militarny: „atak”, „inwazja”, „obrona granic”, „patrole obywatelskie”, „zdrajcy wewnętrzni”. Te pojęcia mają jasny cel: zbudować obraz oblężonej twierdzy, w której wszyscy są zagrożeni, a jedyną odpowiedzią jest mobilizacja przeciwko „innym”.
Trudno nawet bez takiej retoryki i przekazu nie odnieść wrażenia, że jako kraj jesteśmy rzeczoną oblężoną twierdzą a dokładniej rzecz umując – oblężoną twierdzą z dziurawymi murami. Napływ (tym razem w większości legalnych) imigrantów z Ukrainy, kryzys na granicy z Białorusią, teraz z Niemcami, strategiczne położenie obwodu Kaliningradzkiego… dopełnić to mogłyby już jedynie kryzysy na granicy z Czechami, Słowacją czy (choć częściowo już takowy jest) z Litwą. Strach jest w tym momencie uzasadniony. Wierzę głęboko, że Polacy chcieliby prawdziwie wierzyć Mai Ostaszewskiej w słowa o tym, że migranci są lekarzami, inżynierami, ekonomistami czy pielęgniarkami. Z pewnością znaleźli by szybko pracę. Problem tkwi w tym, że to sami migranci nie dają nam się o tym przekonać a polityka Białorusi czy Niemiec jeszcze bardziej pogłębia ten problem.
Streszczając co powyższe, nie mamy podstaw twierdzić, że w sercach Polaków mieści się wyłącznie nienawiść do obcych nam kulturowo osób. Jednakże ich czyny i polityka krajów, które jak najszybciej chcą się ich ,,pozbyć” nie daje nikomu w tym momencie podstaw do uzewnętrznienia swoich uczuć względem migrantów i ich potencjalnej roli w społeczeństwie.
Ruch Obrony Granic, został powołany po to, aby w obliczu nieudolności lub zbytniej ostrożności w działaniu naszych służb publicznych i propagandowego przekazu niektórych mediów, to obywatele rozpoczęli działanie na rzecz ustabilizowania sytuacji. Znakomitym obrazkiem z granicy Polsko – Niemieckiej jest starcie jednego z członków ROG z obywatelką Niemiec, która w agresywny sposób, podnosząc niejednokrotnie rękę na Polaka krzyczy na niego, kiedy ten spokojnie stoi.
Istotnie, jeśli sytuacja ulegnie jeszcze mocniejszej eskalacji, to wszyscy będziemy zagrożeni. Nie wiemy którego dnia pojawimy się w metrze w tak nieodpowiednim momencie jak mieszkańcy Londynu ani nie wiemy, która kobieta zostanie wybrana jako następna na cel instynktów – być może nam najbliższa. I warto w tym punkcie zaznaczyć, że nikt ani w mediach ani w ROG ani w skrajnych ugrupowaniach nie zmazuje win z Polaków, którzy również dokonują rok w rok różne przestępsta. Jednakże patrząc na skalę brutalności i wyrachowania tych ataków, w człowieku rodzi się przerażenie. Rodzi się też owo przerażenie patrząc na to na jakie wyroki skazywani się legalni imigranci z Ukrainy lub nielegalni migranci, którzy przedostali się do Polski siłą a jakie wyroki otrzymują Polacy. Prawo powinno równo obejmować wszystkich na terenie kraju, a tego jednak nie widać.
Historia zna już ten język. W III Rzeszy Żydzi byli „pasożytami”, w ZSRR „wrogami ludu”, w Rwandzie Tutsi nazywano „karaluchami”. Tego typu język nie pojawił się nagle – był poprzedzony latami narracji medialnej i politycznej, która sukcesywnie odczłowieczała wybrane grupy, czyniąc ich społeczne istnienie niepożądanym.
Historia zna ten język doskonale, jednak warto uwzględnić w przykładzie III Rzeszy, że jednym z filarów propagandy była propaganda antropologiczna, próbująca wypracować wizerunek Niemców jako narodu wyróżniającego się wszystkim ponad inne a przede wszystkim domniemaną rasą aryjską, o której pierwsze wzmianki czytamy już w drugiej połowie XVIII wieku. Wtedy rasa aryjska miała zupełnie inny wydźwięk niż z czasów formowania się III Rzeszy. Tu warto zadać również pytanie, czy zredefiniowanie pojęcia rasy aryjskiej nastąpiło oddolnie czy zostało narzucone przez odpowiednie struktury państwa? Jeśli zostało narzucone, to ciężko dostrzec powiązanie ze współczesną sytuacją w Polsce.
Język polityki nie jest tylko narzędziem przekazu – jest też narzędziem kształtowania rzeczywistości. Gdy polityka zaczyna mówić językiem strachu, czystości i obcości, należy zadać sobie pytanie: do czego ten język nas prowadzi?
Jest to znakomita puenta całego rozmyślania. Warto jednak dodać do niej jedno kluczowe pytanie. Czy polityka i jej język są kreowane oddolnie jako wynik działań obywateli? Czy jednak z jakiegoś powodu jest nam narzucana odgórnie?
Patrząc na wspomniane działania mediów, krytykę obrony własnej ziemi i oddolnej mobilizacji, przymykanie oczu na ludobójstwa dokonywane na bliskim wchodzie – można zbliżyć się do odpowiedzi na postawione tu pytania, choć droga do tego celu jest wyboista i pełna zniekształceń…
Franciszek Cwalina – absolwent reżyserii dźwięku na wydziale fizyki UAM w Poznaniu oraz magister Kognitywistyki na wydziale filozofii UJ w Krakowie. Kocha muzykę, Kraków i jego historię. W wolnym czasie zgłębia kuchnię starokrakowską i galicyjską.


(17 votes, average: 4,76 out of 5)