Współczesna polityka coraz częściej sięga po narzędzia emocjonalne, porzucając debatę opartą na rozumie na rzecz narracji lęku, nieufności i wykluczenia. Szczególnie niepokojące jest to zjawisko w przypadku ugrupowań, które kreują się na obrońców narodu i tradycji, a jednocześnie konstruują obraz wroga wewnętrznego i zewnętrznego. Ich język – pełen pozornie niewinnych metafor, patriotycznych odniesień i troski o bezpieczeństwo – staje się platformą do dehumanizacji i przemocy symbolicznej.
W debacie publicznej często myli się patriotyzm z nacjonalizmem. Współczesne ugrupowania prawicowe przedstawiają się jako strażnicy tożsamości narodowej, jednak ich przekaz opiera się nie na budowaniu wspólnoty, ale na jej czyszczeniu – z migrantów, kobiet walczących o prawa, osób LGBT+, przeciwników politycznych, intelektualistów czy instytucji międzynarodowych.
Prof. Marcin Matczak w swoim komentarzu zwraca uwagę, że Konfederacja, choć działa w demokratycznym systemie, wykorzystuje język pozademokratyczny – język odczłowieczania, wykluczania i straszenia. Migranci nie są w ich przekazie ludźmi – są „problemem”, „napływem”, „niepożądanym elementem”. Taki sposób mówienia przypomina – jak zauważa Matczak – mechanizmy używane przez reżimy totalitarne do uprzedniego „oczyszczania gruntu” przed przemocą fizyczną.
Z punktu widzenia psychologii społecznej, strach jest emocją, która uruchamia silne mechanizmy obronne. Partie populistyczne i nacjonalistyczne odwołują się do niego celowo, wiedząc, że człowiek przestraszony szuka prostych rozwiązań i silnych przywódców.
W retoryce tych ugrupowań dominuje język militarny: „atak”, „inwazja”, „obrona granic”, „patrole obywatelskie”, „zdrajcy wewnętrzni”. Te pojęcia mają jasny cel: zbudować obraz oblężonej twierdzy, w której wszyscy są zagrożeni, a jedyną odpowiedzią jest mobilizacja przeciwko „innym”.
Matczak akcentuje szczególnie niebezpieczny element tej gry: pseudo-oddolność. Gdy polityk wzywa obywateli do tworzenia „patroli obywatelskich”, nie nawołuje wprost do przemocy, ale tworzy przyzwolenie na niekontrolowane działania społeczne – zainspirowane strachem i podlane ideologicznym gniewem. To mechanizm znany z historii: „nieoficjalne” działania ludzi, którzy czują, że „mają misję”, często prowadzą do pogromów i przemocy, mimo że państwo formalnie ich nie zleca.
Historia zna już ten język. W III Rzeszy Żydzi byli „pasożytami”, w ZSRR „wrogami ludu”, w Rwandzie Tutsi nazywano „karaluchami”. Tego typu język nie pojawił się nagle – był poprzedzony latami narracji medialnej i politycznej, która sukcesywnie odczłowieczała wybrane grupy, czyniąc ich społeczne istnienie niepożądanym.
W przypadku nazizmu retoryka strachu była podstawowym narzędziem zdobycia i utrzymania władzy. Żydzi, komuniści, homoseksualiści, osoby chore psychicznie – wszyscy zostali wciągnięci w narrację zagrożenia dla niemieckiego społeczeństwa. W tym kontekście język stał się formą przemocy – uprzedzającą, przygotowującą grunt pod działania fizyczne. Właśnie dlatego, jak podkreśla Matczak, walka o język to walka o granice demokracji. Jeśli pozwalamy na to, by ludzie byli opisywani w sposób odczłowieczający, przestajemy chronić ich jako obywateli. I wtedy bardzo łatwo o krok dalej – od słowa do czynu.
Jedną z najbardziej przejmujących scen filmowych ilustrujących mechanizm „upijania” społeczeństwa populizmem jest moment z filmu Cabaret (1972), w którym młody chłopiec o anielskim wyglądzie śpiewa pieśń „Tomorrow Belongs to Me”. Scena zaczyna się niewinnie – sielskie otoczenie, dźwięk dziecięcego głosu, piękna melodia. Jednak, gdy kamera oddala się i ukazuje jego mundur Hitlerjugend, a tłum dorosłych zaczyna śpiewać razem z nim – widz dostrzega, że ten niewinny głos stał się symbolem nadchodzącego totalitaryzmu.
To nie tylko filmowa metafora. To obraz tego, jak estetyka, emocje i patriotyzm mogą zostać użyte w służbie przemocy. Pieśń, która mówi o przyszłości narodu, staje się hymnem nienawiści. Właśnie dlatego tak niebezpieczny jest język, który pozornie mówi o wartościach, a w rzeczywistości dzieli i wskazuje wrogów.
W tym kontekście Krzysztof Bosak staje się współczesnym chłopcem o słodkim głosie, który – choć już nie dziecko – śpiewa piosnkę o wielkości narodu, czystości, sile i zagrożeniu. W jednym z programów telewizyjnych mówił, że „Polska stała się pojemnikiem na odrzuty” i że „Niemcy tak nas traktują”, oskarżając państwo polskie o bierność wobec fali migracyjnej. Te słowa brzmią, jak troska o kraj, ale są językiem separacji i uprzedmiotowienia. Bo kto lub co jest „odrzutem”? Migranci – ludzie, kobiety, dzieci – zostają w tej retoryce zrównani z odpadami, które ktoś z zewnątrz „wrzuca” do Polski, by się ich pozbyć.
Tego rodzaju metafora nie tylko odczłowiecza, ale też buduje poczucie zewnętrznego zagrożenia i przyzwolenie na radykalną „obronę”, która często bywa brutalna. Kiedy ktoś mówi: „Polska to śmietnik Europy”, nie tylko wyraża gniew – on wzywa do sprzątania, czyli do pozbycia się tych, którzy zostali uznani za zbędnych. Takie słowa stają się symbolicznym początkiem przemocy – przemocy, która nie potrzebuje już karabinu, bo została wyrażona językiem.
Obecnie w wielu krajach – w tym w Polsce – powraca język czystości rasowej, obyczajowej i kulturowej. W debacie publicznej pojawiają się hasła o „obcych elementach”, „zdrajcach wewnętrznych”, „ideologii LGBT”, a nawet o potrzebie „fizycznego działania” wobec tych grup. W imię bezpieczeństwa i tożsamości narodowej, politycy nawołują do zawracania migrantów, odmawiania pomocy humanitarnej, a nawet tworzenia obywatelskich patroli.
Prof. Matczak ostrzega, że ten język to nie tylko prowokacja polityczna. To przemyślana strategia budowania tożsamości politycznej poprzez wskazywanie wroga i tworzenie fałszywego poczucia misji narodowej. Kiedy politycy każą obywatelom „bronić granic” własnymi rękami, podsycają narrację, która w historii już prowadziła do przemocy, pogromów i wojen domowych.
Język polityki nie jest tylko narzędziem przekazu – jest też narzędziem kształtowania rzeczywistości. Gdy polityka zaczyna mówić językiem strachu, czystości i obcości, należy zadać sobie pytanie: do czego ten język nas prowadzi?
Historia pokazała, że droga od metafory do przemocy może być krótka – zwłaszcza jeśli towarzyszy jej bierność społeczeństwa. Scena z Cabaret, w której dziecko śpiewa hymn nienawiści, przypomina nam, że zło często przychodzi w pięknym opakowaniu: z flagą, hymnem i hasłem „dla dobra narodu”.
Matczak podkreśla, że demokracja zaczyna się w języku – i tam też może umrzeć. Dlatego musimy być uważni na słowa, które legitymizują strach, bo zanim ktoś zostanie wykluczony fizycznie – musi najpierw zostać wykluczony symbolicznie. I często robi się to śpiewająco.
Źródło:
Filip Wojtusik – Absolwent studiów na kierunku Historia Europy Wschodniej, a obecnie kontynuuje naukę na studiach magisterskich na Papieskim Uniwersytecie im. Jana Pawła II. W wolnym czasie uwielbia gotować i podróżować.
“Historia jest świadkiem czasów, światłem prawdy, życiem pamięci, nauczycielką życia.” — Cyceron




