Wspólnota chrześcijańska w Gazie przeżywa Wielki Tydzień w cieniu niepewności i lęku, ale jednocześnie z głęboką, trwałą wiarą. O tym, jak wygląda codzienne życie parafii Świętej Rodziny w warunkach zawieszenia broni i ciągłego napięcia, opowiada w rozmowie z włoską agencją katolicką SIR jej proboszcz, ks. Gabriel Romanelli.
Sytuacja poprawiła się w porównaniu z sytuacją sprzed sześciu miesięcy, odkąd obowiązuje zawieszenie broni, ale to nie znaczy, że jest dobrze. Zwłaszcza w ostatnich dniach musieliśmy czasami nawet zawiesić zajęcia w szkole, ponieważ kule i odłamki mogły nas dosięgnąć. Jednak szkoła nadal się rozrasta, przybywają zarówno uczniowie chrześcijańscy, jak i muzułmańscy. Nasze dzieci nadal przychodzą i jest ich coraz więcej z każdym dniem – relacjonuje argentyński kapłan.
Po południu wznawiane są zajęcia parafialne z udziałem różnych grup. Otworzyliśmy również boisko piłkarskie obok kościoła. A potem są modlitwy i wiele innych zajęć – mówi z zadowoleniem ks. Romanelli. Nie brakuje drobnych gestów nadziei: Przez ponad miesiąc nie znaleźliśmy jajek, które tutaj, na Bliskim Wschodzie, zazwyczaj rozdaje się wraz z czekoladą w okresie Wielkanocy. Udało nam się jednak znaleźć trochę czekoladek, choć po bardzo wysokich cenach, i rozdaliśmy je naszym dzieciom. To drobne gesty, które stają się znakami nadziei.
Proboszcz opowiada też o małym ogrodzie w centrum miasta, nieco ponad kilometr od parafii: Chodzimy tam z dziećmi, jakby to była szkolna wycieczka. W tym ogrodzie pozwalamy im się bawić, śpiewać i jeść przekąski, żeby mogły uciec od presji wojny i zmienić otoczenie. To naprawdę małe miejsce, więc chodzimy tam w grupach po 40–50 uczniów na raz. To ich oaza spokoju. Poza tym przygotowujemy się już do szkolnych mistrzostw w piłce nożnej po Wielkanocy.
Wielkanoc to także czas wspominania zmarłych. Podczas wojny straciliśmy 60 chrześcijan. Dwudziestu trzech zginęło od bombardowań i snajperów, 23 z powodu braku opieki, a 14 ze starości. W sumie było nas 1017 chrześcijan, wliczając katolików i prawosławnych. Teraz jest nas niecałe 600. Oznacza to, że straciliśmy około 40% wspólnoty chrześcijańskiej: ponad 350 osób – stwierdził ks. Romanelli.
Wyjaśnił, że wielu wyjechało, zwłaszcza w pierwszych miesiącach wojny, gdy miasto było intensywnie bombardowane, a granice jeszcze otwarte. Obecnie parafia nadal gości około stu przesiedleńców. Ci, którzy mieli jeszcze dom lub jego część, wrócili do siebie. Inni przejęli domy tych, którzy wyjechali lub zginęli; jeszcze inni pozostali w jednym pokoju lub coś wynajęli. Ocalałe domy mają firanki w oknach, ponieważ niestety brakuje materiałów do remontu, wyposażenia, drewna czy szkła. Izrael nie pozwala wwozić tych produktów do Gazy – dodał.
Dotyczy to również pomocy humanitarnej: Większość tego, co jest wpuszczane, trafia na rynek. Ale niewielu stać na zakupy. Pomocy humanitarnej przybywa mniej. Przejście graniczne w Rafah nie jest całkowicie otwarte i tylko niewielu chorych, rannych i trochę innych osób może przez nie przejść.
Ks. Romanelli ujawnił również, że papież Leon XIV nadal daje nam odczuć swoją bliskość poprzez przesyłane wiadomości i rozmowy telefoniczne.
Mimo trudnej sytuacji proboszcz parafii Świętej Rodziny podkreśla, że wspólnota trwa, dzieci wracają do szkoły i na boisko, a drobne gesty nadziei – jak czekoladki na Wielkanoc czy wycieczki do ogrodu – pomagają przetrwać ten Wielki Tydzień w Gazie.
