Ponowna refleksja nad osobą ojca Maksymiliana przyszła do mnie w chwili, gdy natknąłem się na promocję filmu Triumf serca Rafaela. Sam tytuł od razu sugeruje wielką narrację, heroiczną opowieść o człowieku, który stał się symbolem ofiary i miłości do drugiego człowieka. I rzeczywiście – nie można zaprzeczyć, że jego czyn w Auschwitz, oddanie życia za współwięźnia, pozostaje jednym z najbardziej przejmujących świadectw człowieczeństwa w nieludzkich warunkach. „Nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” – te ewangeliczne słowa często przywołuje się w kontekście jego męczeństwa.
A jednak – i to jest sedno problemu – gdy próbujemy spojrzeć na postać Kolbego całościowo, zauważamy rysy, które nie pozwalają zbudować obrazu jedynie „złotego”, pozbawionego trudnych barw. Historia bowiem, jak mawiał Tadeusz Borowski, „nie wybacza, a wypomina”. To nie jest łatwe, gdy dotykamy świętego, osoby kanonizowanej, wpisanej w zbiorową pamięć jako wzór. Ale jeśli chcemy uczciwie rozmawiać, musimy mieć odwagę zmierzyć się również z tym, co niewygodne.
W latach 20. XX wieku o. Maksymilian, w ramach swojej działalności wydawniczej, publikował teksty nacechowane antysemityzmem. To nie kwestia interpretacji, ale fakt historyczny. Oczywiście – ktoś powie – taki był klimat epoki, nastroje społeczne, dominujące stereotypy. I rzeczywiście, trudno wymagać od ludzi tamtych czasów, by w pełni myśleli w kategoriach, które dla nas, dzisiaj, są oczywiste. A jednak: czy to zwalnia nas z konieczności refleksji?
„Historia nie jest nauczycielką życia, jeśli nie potrafimy jej słuchać” – pisał kiedyś Józef Tischner. Wydaje się, że w przypadku Kolbego ciągle jeszcze uczymy się słuchać. Z jednej strony bowiem mamy wielki akt heroizmu, który przeszedł do annałów nie tylko Kościoła, ale i całej ludzkości. Z drugiej strony – mamy słowa, które dziś odbieramy jako krzywdzące, jako wyraz nieufności wobec innych, jako echo podziałów, które doprowadziły do tragedii XX wieku.
Postać o. Maksymiliana Kolbego powraca w kulturze polskiej i światowej w wielu odsłonach. Dla jednych jest niemal ikoną miłosierdzia – symbolem człowieka, który w obozie śmierci potrafił zachować zdolność do bezinteresownej ofiary. W tym sensie staje obok takich postaci jak Edith Stein czy Janusz Korczak. Dla innych jednak Kolbe jest trudnym znakiem, bo łączy w sobie zarówno gest heroiczny, jak i spuściznę, którą trzeba dziś krytycznie przemyśleć.
W teologii katolickiej pojawiały się próby interpretacji jego życia jako przykładu „martyrologii miłości”, wskazując, że w jego czynie spełniły się słowa Chrystusa. Ale obok tej interpretacji coraz częściej pojawia się także pytanie: czy świętość może być rozumiana jako droga, na której człowiek popełnia błędy, a mimo to znajduje w sobie siłę, by na końcu podjąć decyzję, która ocala jego człowieczeństwo? Jeśli tak – to Kolbe jawi się jako postać jeszcze bliższa nam, złożona, autentyczna, nie tylko w aureoli, ale i w zmaganiach.
Nie sposób pominąć faktu, że temat antysemityzmu Kolbego budzi emocje i spory do dziś. Dla wielu katolików jest to wątek niemal „zakazany”, bo dotyka fundamentów autorytetu świętego. W niektórych środowiskach mówi się wręcz, że podnoszenie tej kwestii to próba „odebrania” Kościołowi jego bohatera. Z drugiej strony, środowiska żydowskie i historyczne często przypominają o konieczności pełnego obrazu – nie po to, by umniejszyć bohaterstwo Kolbego, ale by oddać sprawiedliwość wszystkim aspektom prawdy.
W tym sensie możemy mówić o pewnym rozdźwięku pamięci. Kościół akcentuje przede wszystkim męczeństwo, świat akademicki – potrzebę całościowej analizy. A współczesny odbiorca stoi pomiędzy, zadając pytanie: czy naprawdę musimy wybierać? Może lepiej pozwolić sobie na spojrzenie pełne – takie, które nie idealizuje, ale też nie odbiera zasług.
Albert Camus pisał: „Święty bez Boga jest kimś, kto żyje tylko po to, by inni mieli mniej cierpień”. Kolbe niewątpliwie stał się takim świadectwem – jego ofiara w Auschwitz to punkt, którego nie można z niczym porównać. Ale równocześnie trzeba uczciwie powiedzieć: świętość nie zawsze oznacza wolność od błędów, od wpływu epoki, od ciemnych stron ludzkiej kondycji.
Wydaje się, że współczesny film o Kolbem powinien być filmem nie tylko o triumfie, ale też o trudzie. Nie tylko o świetle, ale i o cieniu. O tym, że człowiek, nawet wybitny, nawet święty, pozostaje zakorzeniony w swoim czasie i w jego ograniczeniach. Może to właśnie taka narracja byłaby dziś potrzebna – nie dla umniejszenia jego zasług, ale dla uczynienia jego postaci bardziej prawdziwą, bardziej bliską nam, współczesnym.
Bo jeśli świętość ma mieć sens w XXI wieku, to nie jako mit bez skazy, ale jako droga, którą przeszedł ktoś podobny nam – zmagający się, błądzący, uczący się.
„Święty to grzesznik, który nie przestał próbować” – mówił św. Franciszek z Asyżu. Może i o. Maksymiliana trzeba widzieć w tym świetle.
Filip Wojtusik – Absolwent studiów na kierunku Historia Europy Wschodniej, a obecnie kontynuuje naukę na studiach magisterskich na Papieskim Uniwersytecie im. Jana Pawła II. W wolnym czasie uwielbia gotować i podróżować.
“Historia jest świadkiem czasów, światłem prawdy, życiem pamięci, nauczycielką życia.” — Cyceron


