Czasami mam tak, że nabieram ochoty na posiedzenie trochę w ciszy. Jednak kiedy chcę to pragnienie zrealizować poprzez np. bycie w pustym mieszkaniu, bez dźwięków albo tylko z szumami za oknem, jakoś czuję się nieswojo. Wtedy mam takie przekonanie, że cisza jest uciążliwa, że nudzi, jest za mało stymulująca i właściwie to chętnie z niej rezygnuję, a jednocześnie pozostaje we mnie to pragnienie wyciszenia, którego nie dostaję z samego faktu braku bodźców. Jest natomiast inny rodzaj ciszy, to taka nie do końca cisza, która by była brakiem dźwięków, bardziej oznacza określony stan umysłu i ducha. Znajduję go w naturze.
Gdy idę do lasu albo do parku – generalnie gdzieś, gdzie obcuję z naturą – wtedy zdecydowanie dźwięki mi towarzyszą, bo jest ćwierk ptaków, szmer wiatru, czasem jakiś przechodzień stukający butami o drogę lub piesek, który wyraziście dyszy. Zatem to wcale nie tak, że tam jest taka cisza co by oznaczała, że nic nie słychać. A jednak mam w sobie pragnienie, by nazwać to ciszą. Myślę zatem, że cisza może oznaczać dwie różne rzeczy: pierwsza z nich to jakiś brak bodźców, np. gdy klęczymy w kościele i nikt się nie odzywa albo gdy siedzimy sami w poczekalni przychodni i oczekujemy na swoją kolej, by wejść do gabinetu lekarza. Jest tam rzeczywiście cisza, nikt nic nie mówi, jest spokojnie, nie ma ostrych dźwięków. Druga rzecz, którą określam ciszą, jest bardziej… psychologiczna (pozwolę sobie zuchwale użyć tego określenia). Oznacza to, że dotyczy nie tylko tego co dzieje się wokół, w otoczeniu, lecz także dotyka mojego wnętrza, umysłu.
W lesie na ten przykład, gdy siedzę na pniu zwalonego drzewa otoczony szumiącymi drzewami, śpiewem ptaków, może szumem strumyka, nie trwam w braku dźwięków, ale mój umysł zaczyna wchodzić w to, co czasem nazywamy wyciszeniem. Moje myśli zaczynają trochę się przerzedzać, trochę słabnie ich dokuczliwość, emocje zdają się opadać i zaczyna pojawiać się relaks, rozluźnienie i trwanie w chwili obecnej. Czasem takie wyciszenie sprzyja twórczym natchnieniom i pozwala np. stworzyć jakiś nowy, piękny wiersz albo sformułować jakąś ciekawą myśl dotyczącą prawd o świecie. Takie wyciszenie może też być śladem w pamięci, do którego można powrócić, gdy akurat potrzebujemy choć trochę uspokoić swoją znękaną głowę.
Dość sporo można ostatnio usłyszeć o tym, jak ważne jest, by nie zaniedbywać kontaktu z naturą. Tak sobie myślę, że jednym z powodów może być właśnie ten zbawienny wpływ natury na nasz system nerwowy. Jakoś tak jest, że powrót do natury bywa dla nas kojący jak powrót do domu, czujemy się bezpiecznie, komfortowo, odchodzą strapienia, bo jesteśmy właśnie wyciszeni. Wtedy trwanie w tu i teraz nie wydaje się być aż tak uciążliwe, za to staje się okazją do wzmocnienia swojej psychiki i do otrzymania ciekawych darów od swojej głowy w postaci pomysłów i twórczych rozwiązań problemów. To trochę jak z nudą – warto czasem troszkę się ponudzić, żeby głowa mogła zacząć pracować na innych obrotach. Natura może podobnie zadziałać. Zachęcam Państwa do tego, aby rozważyć kiedy ostatni raz byłem/byłam na łonie natury, co mi to dało i kiedy warto do niej wracać, kiedy jej potrzebuję i kiedy natura staje się dla mnie balsamem na znękaną głowę
Konrad Nagórzański – Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego na kierunku psychologia stosowana, obecnie w trakcie szkolenia na psychoterapeutę w nurcie poznawczo-behawioralnym. Animator Ruchu Światło-Życie, pasjonat piękna, zafascynowany tym co ludzkie i tym co w człowieku zachwycające.
Blogoserfa – to projekt medialny pod patronatem radia Pallotti.FM. To przestrzeń wymiany myśli i twórczości naszych blogerów. Miejsce, które ma służyć refleksji. To również miejsce debaty na najważniejsze dla Kościoła, kultury i społeczeństwa tematy.


