Obserwując ostatnimi czasy z niemałą dumą ruch i debatę na Blogosferze w odniesieniu do kwestii wprowadzenia do polskich szkół ,,edukacji zdrowotnej”, pozwolę sobie dorzucić swoje dwa grosze, aby ten temat nabrał już pełni kształtów. Z poprzednich wpisów naszych znakomitych autorów mogli dowiedzieć się Państwo o możliwych kompromisach na linii Nauczanie Religii – Edukacja zdrowotna. Ponadto mogli się Państwo dowiedzieć, jakie bolączki stoją za dawniejszą i obecną, wciąż kulejącą, pedagogiką szkolną. W tym tekście chcę skupić się na okolicznościach wprowadzenia tzw. edukacji zdrowotnej i jej potencjale edukacyjnym. 

Zacznijmy od okoliczności.  

– W grudniu 2024 roku minister Barbara Nowacka zapowiada, że od 1 września 2025 r. religia w szkołach publicznych będzie realizowana w wymiarze jednej godziny tygodniowo. 

– Nieco później Opublikowano projekt rozporządzenia, który przewiduje, że od września 2025 religia i etyka będą miały wymiar 1 godziny, a lekcje religii będą ulokowane na pierwszej lub ostatniej godzinie zajęć. 

– 17 stycznia 2025 – Nowelizacja rozporządzenia MEN podpisana — od 1 września 2025 r. religia i etyka zostaną ujednolicone na 1 godzinę tygodniowo w szkołach publicznych. 

– 6 marca 2025 – Minister Edukacji podpisuje rozporządzenie ustanawiające nowy przedmiot „Edukacja zdrowotna” (obok edukacji obywatelskiej) – ma wejść w życie od 1 września 2025. 

– 28 marca 2025 – Opublikowanie w Dzienniku Ustaw rozporządzeń MEN dotyczących podstawy programowej edukacji zdrowotnej i obywatelskiej, które określają ramy nauczania tego nowego przedmiotu. 

– Wszystkie te zmiany mają zacząć obowiązywać od roku szkolnego 2025/2026. 

Zwróćmy uwagę na tempo tych zmian. Nie ma żadnych wątpliwości, że nowo wprowadzona ,,Edukacja zdrowotna” (której proponowany pilotażowy program był jednak pisany ,,na kolanie”, ale do tego dojdziemy później) została wprowadzona, aby zastąpić religię, lub aby zacząć ją w zupełności wypierać ze szkół. Niestety część czasopism i autorów zdaje się tego procesu nie dostrzegać, za to wpada w zachwyt nad rzeczonym programem ,,edukacji zdrowotnej”. Będę w dalszej części tekstu polemizował z innym tekstem oraz zestawiał go z wybranymi fragmentami programu, tak aby pokazać Państwu plastyczność jego interpretacji w przestrzeni medialnej.  

Pani Monika Białkowska podzieliła się swoimi refleksjami na temat ,,edukacji zdrowotnej” w tekście, który polecam Państwa lekturze Czytam program edukacji zdrowotnej i zazdroszczę uczniom. Zaznaczę, że cały dalszy tekst jest jedynie polemiką a nie krytyką w znaczeniu negatywnym. 

Pani Monika przeprowadza nas przez swoje osobiste wspomnienia, z zaznaczeniem tego co w latach Jej edukacji było niedostateczne lub wprost – złe. Faktem jest, że najpewniej nigdy nie było w polskiej edukacji takiego momentu, w którym wszyscy wyrażaliby co najmniej mniejszą dezaprobatę dla wymiaru szkolnictwa. Jest jednak jedna rzecz, która wzbudziła moją czujność. Otóż pokolenia starsze od mojego bardzo często zaznaczały, że edukacja przed zmianami ustrojowymi, może i miały swoje wady, ale nauka była twarda i owocna. Uczniowie zdobywali umiejętności i wiedzę, które dziś nie ma nawet na poziomie rozszerzonym matur. Dziś – jak pisze Pani Monika: 

,,Nie będą musiały jej szukać w szkolnych ubikacjach. Nie będą musiały wyłuskiwać informacji z tego, co usłyszą od nauczycieli mimochodem, wspomniane przy okazji. Będą w tym świecie bezpieczniejsze. Nie będą musiały absolutnie wszystkiego sprawdzać na własnej skórze. Wprawdzie uczenie się na błędach jest wpisane w cykl życia każdego człowieka, ale przecież nie każde pokolenie popełnia błędy jednakowe. […]”. 

Czy aby na pewno? Myślę, że zarówno ja jak i Pani Monika doświadczyła kiedyś zjawiska społecznego określonego jako ,,konflikty międzypokoleniowe”. To co słyszałem kiedyś od niektórych nauczycieli w szkole, słyszę dziś przy okazji odwiedzania niektórych placówek. Młode pokolenie jest leniwe ; Zdolny ale leniwy ; chcesz iść do toalety? A co robiłeś/aś na przerwie? ; Jak ty się ubrałeś/aś do szkoły? – To tylko niektóre maksymy, które wszyscy usłyszeliśmy jako uczniowie, ale również które znamy z życia. W związku z tym pozwolę sobie nie zgodzić się z taką optyką. Istnieją błędy, które jako ludzie młodzi popełniamy nagminnie z pokolenia na pokolenie. Zazwyczaj natomiast zamiast rozmowy stosuje się metody kary lub odroczenia kary w polskim szkolnictwie. Czy dzieci wolne od tych doświadczeń będą bardziej bezpieczne? – Ani ja ani Pani Monika nie możemy tego wiedzieć. W końcu nikt z nas do takiego pokolenia nie należał, o czym jest w zasadzie tekst pani Moniki. Niemniej jeśli szukamy źródła takiego problemu to szukajmy go w swoich pokoleniach i nie, nie rozwiążemy go jednym nowym przedmiotem w szkole. Musimy (jak to zwykle bywa) zacząć od siebie oraz od naszego wychowywania dzieci. Jeśli chociaż jeden procent przyszłych nauczycieli również wyjdzie z założenia, żeby zacząć od siebie, to w ten sposób redukujemy już co najmniej o połowę ilość problemów wymienionych w tekście i podstawie programowej. 

Cała proponowana podstawa programowa w swojej istocie składa się z szeregu ogólników i niedopowiedzeń. Przykładowo: 

„Bezpieczne relacje interpersonalne – rozpoznawanie granic, unikanie relacji toksycznych, dbanie o własne i cudze poczucie bezpieczeństwa.” 

Bardziej praktyczną wiedzą byłoby rozpoznawanie relacji toksycznych. Dobrze byłoby zdefiniować cechy osoby o toksycznym wobec innych usposobieniu. Tak samo, gdy idzie o odrzucenie innego człowieka. Bycie toksycznym nie wynika zawsze z dobrowolnego wyboru. Bardzo często jest to manifestacja deficytów wychowawczych z dzieciństwa w połączeniu ze złymi wzorcami zachowań, a więc w skrócie – efekt dorastania w nieodpowiednim środowisku. To wszystko odbywa się poza kontrolą poznawczą osoby toksycznej. Oczywiście, że istnieją również osoby wyrachowane, które z pełną premedytacją funkcjonują na tym świecie kosztem innych ludzi. Właśnie dlatego musimy umieć rozróżniać takie osoby. Jedna swoim zachowaniem prosi o pomoc, druga jedynie nam szkodzi. 

Pani Monika pisze dalej: 

,,[…] Ileż wstydu i łez oszczędziłyby takie lekcje nastolatkom sprzed lat! Ile wstydliwych dyskusji na szkolnych korytarzach by się nie odbyło, tych z przekazywaną pokątnie informacją, że „do niej już ciotka przyjechała” – i z patrzeniem z wyższością na te, które nie wiedziały, o co chodzi. Ilu chłopcom takie lekcje wytrąciłyby broń z ręki, odebrałyby kpinom z rosnącego biustu koleżanek nimb fajności i odwagi. Ilu dziewczynkom oszczędziłyby stresu, co to będzie, jeśli podpaska przecieknie i nagle gdzieś po szóstej lekcji na krześle zostanie plama.” 

Znów mógłbym nieco kąśliwie zadać pytanie: ,,czy aby na pewno?” 

Wszystkie przytoczone tu przykłady zachowań mają dwie wspólne cechy. Po pierwsze chłopców nie dotyka żadna krzywda w związku np. z ich wzrostem, posturą czy po prostu zdrowiem (nie muszę tłumaczyć, że tak nie jest). Pani Monika nie wspomina o tych przypadkach. Po drugie, zachowania dziewczynek opisane w tym fragmencie, raczej cechuje ich złe wychowanie i brak wyczucia niż niedobór edukacji przedmiotowej. Problem nie tkwi w braku pełnego zrozumienia procesów zachodzących w ciele młodej kobiety, ale w tym jak one są przez nią interpretowane. Jeżeli ma ona z tak niezależnego od swojej autonomii powodu czuć się lepsza od innych, to znaczy, że nie umie konfrontować wiedzy z otaczającym ją światem i nawet pełne zrozumienie procesów jakie zachodzą w jej ciele nie zagwarantuje jej koleżankom zaniechania takich zachowań.  

W programie miesiączkowaniu poświęconych jest wiele punktów, ale jeden w pełni oddaje stosunek przedmiotu do sprawy: 

,,Jak cykl wpływa na samopoczucie i energię – zmiany emocji, zmęczenie, wrażliwość. Dlaczego obserwacja cyklu pomaga w zrozumieniu siebie. Jak dbać o komfort i higienę w czasie miesiączki. Co jest normą, a co warto skonsultować z dorosłym lub lekarzem.” 

A może obserwacja cyklu pozwala nie tyle zrozumieć siebie co wpływ jego występowania na zachowanie i samopoczucie. To ten sam temat, ta sama myśl co zawarta w cytacie z programu, ale podkreślające prym zrozumienia najpierw procesów zachodzących w ciele a później uzależniania ich od oceny własnego stanu. Jako uczeń uczestniczyłem w lekcjach wychowania do życia w rodzinie. Jednak nie zauważyłem, aby nastąpiła jakakolwiek poprawa w tym zakresie (a do samego prowadzenia WDŻ jak nie miałem, tak nie mam uwag po dziś dzień. Oczywiście w kontekście tych zajęć, w których osobiście brałem udział, ale one opierały się na równie ,,plastycznym” programie to program Edukacji Zdrowotnej). 

,,Ile bym dała, żeby to w szkole ktoś próbował mnie przekonać, że warzywa jeść warto, nawet jeśli nie smakują. Żeby ktoś choćby spróbował mnie przekonać do czegoś więcej niż kiszone ogórki i takaż kapusta. Żeby ktoś nauczył mnie, kiedy byłam dzieciakiem, czytać etykiety na produktach. Żeby powiedział i przećwiczył, jak wybierać zdrowsze alternatywy.” 

I tu powracamy do pierwotnego problemu. O tym oczywiście dobrze byłoby, aby dziecko wiedziało, ale również dobrze byłoby wiedzieć, dlaczego. Człowiek nie poznaje świata, dlatego, że ma to wpisane w swoją biologię. Człowiek jest ciekaw świata ze względu na jego mechanikę działania i złożoność. Dobrze jest promować wśród młodych jedzenie warzyw. Ale może lepiej opowiedzieć im, dlaczego warto owe warzywa spożywać i w jakiej formie. Może warto powiedzieć, że tłuszcz nie jest wrogiem ludzkości, tylko trzeba umieć go dobrać i spożywać bez przetworzenia. Warto byłoby wspomnieć, że przejście na weganizm w sposób odpowiedzialny wiąże się z suplementacją niektórych witamin.

To samo ma się do fizyki. W programie znajdujemy taki oto zapis: 

,,Co to jest hałas i kiedy staje się szkodliwy. Jakie są skutki nadmiernego hałasu (np. ból głowy, trudności w koncentracji, ryzyko niedosłuchu). Czym jest niedosłuch i jak można mu zapobiegać. Jak sprawdzać poziom hałasu w otoczeniu (np. aplikacją mierzącą decybele). Jakie są sposoby ograniczania hałasu w klasie, domu, szkole i na dworze.” 

Taka wiedza przydałaby się przede wszystkim nauczycielom i dyrektorom szkół. Ale to inny temat. Dzieci przed hałasem mogą uchronić się na trzy sposoby: słuchawki z aktywną redukcją szumów, stopery do uszu lub pozostanie w domu. Natomiast w szkole na poziomie administracyjnym można by z hałasem walczyć na wiele sposobów. Ale najważniejszy z nich to zadbanie o akustykę korytarzy, zadbanie o dobre, izolujące drzwi (to od razu pomogłoby uczniom z niedosłuchem lepiej rozumieć co dzieje się na lekcjach) czy w końcu strefy ciszy do których mogłyby się chociażby udać na długiej przerwie, co jest obecnie mocno promowane szczególnie względem uczniów w spektrum autyzmu. Ale o tym w programie nie przeczytamy. 

Niestety program proponuje nam jakąś aplikację mierzącą decybele. Chyba nie muszę mówić, że żaden telefon to nie jest miernik poziomu dźwięku. Mikrofon telefonu nie ma takiej czułości i pomiar automatycznie jest nieprawdziwy. Ponadto, szkoda że chcemy uczyć dzieci bylejakości, bo taki pomiar nic by nie wniósł, jeśli nie znamy standardów i międzynarodowych norm dotyczących pomiaru i poziomów hałasu. Nie wspominając o krzywych pomiaru, o których dzieci mogłyby się co nieco dowiedzieć na matematyce lub fizyce. No ale ten przedmiot ma je niejako w tym temacie „wyręczać”. 

,,Trudno mi powiedzieć, co jest w oczach części polityków i części biskupów tak wielkim skandalem. Może to, że dzieci uczyć się mają tego, co dla nich samych jest wiedzą tajemną? 

Wydaje mi się, że nawet młodzież w ósmej klasie jest już dziś świadoma istnienia osób o nieheteronormatywnej orientacji i lepiej jednak, żeby rozmawiali o tym w szkole, niż pisali hasła na murach. 

Dla biskupów problemem może być również fakt, że w tematach dotyczących życia seksualnego nie pada zastrzeżenie, iż jest ono zarezerwowane wyłącznie dla małżonków. Tak: jest zarezerwowane dla małżonków, ale zgodnie z katolicką etyką seksualną. Nie wszyscy jednak w społeczeństwie są katolikami, a szkoła ,,uczyć musi wszystkich.”

Jeśli uznajemy, że biskupi są hierarchami kościoła katolickiego to w tym fragmencie autorka odpowiada na własne pytanie „co tak oburza biskupów?” 

,,Jeśli twoje sumienie nie pozwala na to, żeby dziecko słuchało, komu nie wolno go dotykać albo jak działa prezerwatywa – poproś nauczyciela, żeby dał znać, kiedy ta lekcja będzie. Zwolnij dziecko z jednej lekcji. Zabierz go na „pogrzeb” albo napisz, że „zachorowało”. Albo po prostu stań odważnie przed nauczycielem i powiedz, że tę wiedzę chcesz przekazać mu sam/a. Ale nie wylewaj, nomen omen, dziecka z kąpielą. Naprawdę, sprawdź najpierw, ile twoja córka czy syn może stracić. Ile ty straciłeś, takich lekcji nie mając?” 

Pomijając kwestię, że autorka nawołuje tu do nieetycznych praktyk jakimi jest zwolnienie dziecka, bez realnie występującego powodu, to widzę tu pewien zgrzyt. Rodzice mają prawo swoje dzieci wypisywać z edukacji o zdrowiu. Teraz pojawia się kluczowe pytanie. Obydwoje z Panią Moniką reprezentujemy szeroko pojęte media katolickie (chyba, że nie jestem na bieżąco to przepraszam za tę diagnozę). Czy uczciwiej zachowa się rodzic, który po namyśle uzna, że tak niejasny program, który pojawia się w szkołach w zamian za jedną godzinę religii, po prostu jest sprzeczny z jego wizją wychowania dziecka – robi źle? Czy rodzic, który zapisuje dziecko na zajęcia, ale potem pod nierealnym pretekstem wypisuje dziecko z nieodpowiednich (jego zdaniem) zajęć – robi lepiej? Jak to było w tej katolickiej nauce, mamy być gorący czy letni? 

Na sam koniec podpowiem Państwu, że w mojej ocenie największym problemem edukacji zdrowotnej jest to, że powstała ona wskutek politycznej gry i jest przedmiotem o niejasnych i często niewyraźnych kryteriach. Nauczyciele mają mieć kompetencje ,,na czuja”, mają realizować ten program ,,na czuja” a cały przedmiot jest realizowany tam, gdzie pierwotnie odbywałaby się religia. Jeśli kontrowersyjność tego przedmiotu nie jest przez nas lokowana w tym zarzucie, to warto wspomnieć jeszcze o nie naukowości tego programu. Żaden fragment ponad stu stronnicowego programu nie ma odniesień do badań czy publikacji. Nie ma słownika pojęć, nie wiemy co autor miał na myśli pisząc chociażby o toksycznych relacjach czy odpowiednim żywieniu. Nie wiemy jakie są fundamenty naukowe tego przedmiotu. 

Ale wiemy jedno. Edukacja Zdrowotna nie zastąpi nam biologii, fizyki czy zajęć z pedagogiem. Nie zastąpi nam również WF-u czy zajęć zdrowego żywienia. A jednak z jakiegoś powodu uznano, że przedmiot, który jest o wszystkim i jednocześnie o niczym będzie znakomitym uzupełnieniem planu zajęć naszych dzieci i młodzieży. Wychowanie kładziemy na bok, dorobek cywilizacyjny też. Co zatem dajemy im w zamian? W mojej ocenie jedynie poczucie edukacji i wiedzy. Nie żyjemy w czasach, w których dziecko żeby zdobyć wiedzę musi założyć kartę biblioteczną. Dzieci już teraz, wiedzy szukają we własnym zakresie, dzięki temu gdzie teraz technologicznie jesteśmy. Ryzyko tkwi w tym, gdzie tej wiedzy szukają i czy jest ona sprawdzona.  Osobiście na sam koniec mogę wyrazić jedynie ubolewanie nad tym, że po raz kolejny jako katolickie media nie używamy argumentów uniwersalnych, tylko idziemy albo z prądem danego problemu, albo pod prąd. Oba przypadki mogą mijać się z prawdą, a my prawdy powinniśmy szukać jak nikt inny.

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (6 votes, average: 5,00 out of 5)
Loading...

 

Franciszek Cwalina – absolwent reżyserii dźwięku na wydziale fizyki UAM w Poznaniu oraz magister Kognitywistyki na wydziale filozofii UJ w Krakowie. Kocha muzykę, Kraków i jego historię. W wolnym czasie zgłębia kuchnię starokrakowską i galicyjską.