Wróżki. Te cudowne istoty w cekinowych szatach, siedzące w ciasnych mieszkaniach na osiedlach z wielkiej płyty, z kartami tarota i kryształową kulą, która jeszcze niedawno była kulą śnieżną z napisem „Pozdrowienia z Zakopanego”. Za jedyne 150 złotych powiedzą ci, że „czuje energię”, a twoja „auryka” jest trochę zachwiana. Ale spokojnie – w pakiecie deluxe dorzucą zaklęcie oczyszczające, a nawet poradę życiową: „Nie ufaj znajomym z pracy”. Prawdziwa magia, prawda?
Bo przecież kto potrzebuje lekarza, psychologa czy rozsądku, skoro mamy wróżki. W końcu najlepiej problemy zdrowotne rozwiązuje rytuał spalania ziół w popielniczce z Ikei, a związkowe dramaty leczy przesuwanie kart tarota, na których połowa to jakieś miecze, wieże i diabły. Gdyby te karty faktycznie działały, banki dawno zatrudniałyby wróżki do przewidywania kursu franka.
Ale żeby było weselej – mamy jeszcze Halloween. To cudowne święto importowane zza oceanu, które w praktyce oznacza tłum dzieci przebierających się za zombie i wampiry, bo przecież nie ma nic bardziej edukacyjnego niż siedmiolatek w zakrwawionej koszuli z plastikową piłą łańcuchową w ręku. „Cukierek albo psikus” – piękna tradycja wychowawcza, ucząca młodych obywateli szantażu i wymuszania pod groźbą wandalizmu. Mafia może się schować, dzieciaki robią to z większym wdziękiem.
Rodzice, oczywiście, są zachwyceni. „To takie kreatywne! Dzieci uczą się odwagi!”. Tak, szczególnie odwagi w wyciąganiu rączki po darmowe batony z Biedronki. A dorośli? Ci też przebierają się na imprezach halloweenowych – trzydziestolatkowie w pelerynach i rogi diabłów, którzy tłumaczą, że to „tylko zabawa”. Ciekawe, że gdyby ktoś przebrał się tak 2 listopada i poszedł na cmentarz, entuzjazm społeczny byłby nieco mniejszy.
A wróżki i Halloween mają ze sobą coś wspólnego – oba te zjawiska to wielki biznes na ludzkiej naiwności. Wróżka zarobi na twoim strachu przed przyszłością, a koncerny cukiernicze – na twoim strachu przed tym, że sąsiednie dziecko dostanie lepsze słodycze niż twoje. Jedni i drudzy świetnie rozumieją, że człowiek lubi wierzyć – albo w karty, albo w plastikowe dynie z lampką LED.
I tu rodzi się pytanie: skoro wróżki potrafią przewidzieć przyszłość, to czemu żadna nie przewidziała, że Halloween stanie się w Polsce obowiązkowym festiwalem plastiku i tandety? A skoro Halloween ma nas „uczyć odwagi”, to czemu nikt nie przebiera się za prawdziwe strachy – jak rachunek za prąd albo list z ZUS-u? To dopiero byłyby emocje.
Morał? Wróżki i Halloween to dwie strony tej samej monety – obietnicy taniej magii i szybkiej rozrywki. Jedno udaje, że zna przyszłość, drugie udaje, że strach jest zabawą. W rzeczywistości i wróżki, i plastikowe dynie mają wspólną cechę – po wszystkim zostaje pusty portfel i lekki niesmak.
Fabian Filip Felsman – publicysta, dziennikarz, felietonista oraz pisarz. Pasjonat żywota świętych, średniowiecza, ludowej pobożności, dekoratorstwa wnętrz, sztuki, malarstwa oraz dobrej książki. W wolnych chwilach można go spotkać w Tatrach, z książką lub gitarą w ręce albo w kajaku. Zakochany w Matce Najświętszej. Swoje życie wiedzie w Warszawie będąc redaktorem w jednym z miesięczników.


