Kształcenie wyższe już od samych jego zalążków przedstawiane jest jako symbol równości szans i droga do awansu społecznego, ale czy naprawdę tak jest? Z moich obserwacji wynika, że system szkolnictwa coraz częściej przypomina biurokratyczno-komercyjny chaos, w którym młodzi ludzie stają się ofiarami formalności, niejasnych procedur i akademickich eksperymentów. 

Politycy lubią powtarzać, że „studia są darmowe”, ale w praktyce to jedynie półprawda. Bezpłatna jest wyłącznie nauka w trybie dziennym na uczelniach publicznych, i to do momentu zmiany kierunku lub przedłużenia okresu studiów, co często okazuje się koniecznością. W takich przypadkach koszty mogą być ogromne. Oczywiste jest, że uniwersytety to nie instytucje charytatywne – pieniądze na wynagrodzenia dla pracowników czy utrzymanie budynków muszą pochodzić z określonych źródeł. Chodzi jedynie o uświadomienie części społeczeństwa, które nigdy nie miało do czynienia z realiami funkcjonowania tych instytucji. 

Co kilka lat wraca też pomysł, by płatne były najbardziej elitarne kierunki, jak medycyna czy prawo. Zwolennicy twierdzą, że poprawi to jakość kształcenia i zmniejszy liczbę „studentów na papierze”. Przeciwnicy odpowiadają, że wprowadzenie opłat odcina młodzież z biedniejszych rodzin od szansy na zdobycie wykształcenia i poprawę statusu społecznego. Równość w tym wypadku staje się fikcją, a edukacja ekskluzywnym towarem, na który stać tylko nielicznych. Pozostaje pytanie, czy to naprawdę jest model, którego potrzebuje nasz kraj? 

W teorii proces przyjmowania kandydatów powinien być jasny i przejrzysty dla obydwu stron, lecz często wygląda to nieco inaczej. Szkoły wyższe tworzą kryteria faworyzujące absolwentów „swoich” liceów, a w przypadku nowych kierunków studenci stają się królikami doświadczalnymi. Najważniejsze okazują się statystyki i prestiż placówki, podczas gdy los młodych ludzi schodzi na drugi plan. Ponadto system punktowy i dodatkowe kryteria wyżej notują osoby z większymi możliwościami finansowymi lub dostępem do kursów przygotowawczych. W efekcie ci, którzy mają wiedzę i ambicje, ale mniejsze zasoby, pozostają w tyle. 

Malejąca liczba chętnych sprawia, że uniwersytety w Polsce coraz częściej przypominają agresywne firmy marketingowe. Reklamy kuszą nowoczesnymi kierunkami, które w praktyce okazują się wydmuszkami. Programy są zmieniane w trakcie semestru, zajęcia teoretyczne dominują nad praktyką, a studenci czują się oszukani. Do tego dochodzi obowiązek odbycia absurdalnej liczby godzin praktyk, które wcale nie uczą. Niejednokrotnie koordynator wymyśla zadania „na siłę”, by jak najszybciej „mieć studenta z głowy”. Oczywiście zdarzają się wyjątki – instytucje z których faktycznie można wynieść wiele wartościowej wiedzy i umiejętności, najczęściej jednak dopiero pierwsza praca w zawodzie daje realne przygotowanie. 

Od wielu lat szczególnie mocno obrywa się szkołom niepublicznym, oskarżanym o nastawienie na szybki zysk. Faktycznie zdarzają się zajęcia prowadzone chaotycznie i słabo merytorycznie. Warto jednak zapytać: czy na uczelniach publicznych podobne incydenty nie mają miejsca? 

Pandemia otworzyła nam drzwi do nauki online, co teoretycznie zwiększyło dostępność i elastyczność. W praktyce liczne uczelnie reklamują „tryb zdalny”, a potem wymagają obecności stacjonarnej. Brzmi absurdalnie, lecz takie przypadki wcale nie są rzadkością. Niestety zajęcia online ograniczają interakcje i wsparcie, a dyplom zdobyty w ten sposób bywa traktowany z podejrzliwością przez pracodawców. 

Chyba największy zarzut wobec polskiego szkolnictwa wyższego to nadmiar teorii. Studenci uczą się na pamięć, zaliczają kolejne egzaminy, a rzadko mają okazję zweryfikować swoje umiejętności w realnym środowisku. Laboratoria są niedoinwestowane, praktyki odbywane „na szybko” albo w instytucjach niezwiązanych z kierunkiem, w efekcie absolwenci kończą studia z dyplomem, który nie zawsze przekłada się na ich kompetencje zawodowe. 

Dopóki edukacja będzie traktowana jak biznes, a państwo nie przestanie zamiatać problemów pod dywan, dyplom polskiej uczelni utraci swoją wartość, zarówno w kraju, jak i za granicą. Na koniec warto podkreślić, że niniejszy tekst nie miał na celu zniechęcenia kogokolwiek do pogłębiania wiedzy. Sama jestem studentką i wiem, że ten okres może być genialnym doświadczeniem, które otwiera oczy na wiele aspektów życia, jednak jeśli chodzi o realne przygotowanie do zawodu, znacznie więcej nauczyła mnie pierwsza praca, a nie nużące wykłady, stresujące kolokwia czy zarwane noce podczas sesji…

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (2 votes, average: 4,50 out of 5)
Loading...

Weronika Karteczka – Przyszła dziennikarka, której muzyka towarzyszy już od najmłodszych lat – kiedyś gra na gitarze i wokal, obecnie woli przysłuchiwać się temu z boku. Prywatnie pasjonatka sportu w każdej postaci, można by stwierdzić, że natura to jej drugie imię.