Dziecko, które nie miało przeżyć. Wstrząsająca historia nawrócenia byłego abortera – rozmowa z dr Agnieszką Kowalczyk, tłumaczką książki „Moje nawrócenie z aborcji na medycynę chroniącą życie”

Z okazji Dnia Świętości Życia i uroczystości Zwiastowania Pańskiego połączonej z Duchową Adopcją Dziecka Poczętego prezentujemy wywiad z dr Agnieszką Kowalczyk, tłumaczką książki dr. Johna Bruchalskiego „Moje nawrócenie z aborcji na medycynę chroniącą życie”. Publikacja ta porusza trudne doświadczenia amerykańskiego lekarza związane z aborcją, decyzje pacjentek oraz refleksję nad wartością życia nienarodzonego dziecka. Przybliża zarówno dramatyczne realia medyczne, jak i duchową przemianę autora, który przeszedł drogę od wykonywania zabiegów aborcji do praktyki medycyny chroniącej życie. Dr Agnieszka Kowalczyk udzieliła wywiadu Wydawnictwu Biały Kruk. 

Pierwszy rozdział książki otwiera wstrząsający przypadek dziecka, które miało zostać poddane aborcji poprzez sztuczne wywołanie porodu, a mimo to przeżyło. Czy z etycznego punktu widzenia takie działanie w sytuacji, gdy istnieje szansa przeżycia dziecka, można uznać za dopuszczalne?

To jedna z najbardziej wymownych, a zarazem głęboko symbolicznych scen w autobiografii dr. Johna Bruchalskiego. Aby w pełni zrozumieć jej znaczenie, trzeba jednak osadzić ją w szerszym kontekście opowieści. Oto pamiętnej nocy 1989 r. jako młody rezydent pełnił on dyżur na oddziale położniczym szpitala Norfolk w stanie Wirginia. Wówczas jego pacjentką została kobieta w 22. tygodniu ciąży. Rozpoczęła się akcja porodowa, ale gdyby w tym dniu dziecko przyszło na świat, nie miałoby rozwiniętych płuc i nie przeżyłoby poza organizmem matki, a dla niej najważniejsze było jego dobro. Zgodnie z jej wolą dr Bruchalski zatrzymał akcję porodową, podając lek spowalniający skurcze. Dziecko było bezpieczne, nadal mogło rozwijać się w łonie matki.

W sąsiedniej sali czekała na niego inna pacjentka, także w 22. tygodniu ciąży. Ta jednak nie chciała swojego dziecka. Mówiła, że boi się samotnego macierzyństwa, że nie może pozwolić sobie na przerwanie pracy i zbyt długi pobyt w szpitalu. Miała już za sobą dwie aborcje i gotowa była na to po raz trzeci. W tym momencie dla dr. Bruchalskiego najważniejsze było, jak sam to tłumaczył, dobro pacjentki rozumiane jako spełnienie jej woli. Dlatego też pominął dokładniejszy wywiad medyczny i nie przedstawił jej innych alternatyw postępowania medycznego nastawionych na uratowanie dziecka. Postąpił zgodnie z wolą swej pacjentki i wywołał poród, sądząc, że zakończy się on śmiercią dziecka, które w 22. tygodniu ciąży nie przeżyłoby poza organizmem matki.

I oto w wyniku wywołania skurczów przez podanie oksytocyny dziecko przyszło na świat. Wbrew przewidywaniom dr. Bruchalskiego noworodek żył i oddychał, co oznaczało, że pacjentka była w bardziej zaawansowanej ciąży niż mówiła. Co więcej, okazało się, że dziecko waży powyżej 500 gramów, a w takiej sytuacji ma ponad 20 procent szans na przeżycie poza łonem matki. Doktor wezwał więc lekarzy z oddziału intensywnej terapii noworodków. Natychmiast zjawiła się dr Deborah Plumb, jedna z najlepszych i najzdolniejszych neonatologów w zespole. Od razu podjęła akcję ratunkową. Dziecko zostało zaintubowane, by dostarczyć tlen do jego nierozwiniętych dostatecznie płuc.

Wtedy też John Bruchalski usłyszał od dr Plumb słowa, które głęboko nim wstrząsnęły: „Przestań traktować te dzieci, jakby były guzami. Stać cię na więcej!”. Zszokowany, dopiero po chwili zrozumiał, co to znaczy – przecież traktował te niechciane istoty jak nowotworowe guzy, które trzeba usunąć z ciała pacjentki. Słowa dr Plumb były dla niego niczym grom z jasnego nieba – porażające dla jego sumienia. Tej feralnej nocy miał poczucie, że nie dopełnił swych obowiązków, że nie przeprowadził dostatecznie dokładnego wywiadu medycznego, który wskazałby na to, że ciąża jest bardziej zaawansowana niż stwierdzała pacjentka. Po tym, jak usłyszał, że nie chce ona dziecka, nastawiał się wyłącznie na działania, które miały doprowadzić do jego śmierci. W moim odczuciu było to zachowanie nieetyczne, z czego i on później zdał sobie sprawę.

Fragment ten dotyka etyki lekarskiej i wartości życia nienarodzonego dziecka. Słowa dr Plumb skierowane do Bruchalskiego: „Przestań traktować te dzieci, jakby były guzami” były dla autora przełomowe. Jakie były jego wewnętrzne zmagania?

Bez wątpienia scena ta jest kluczowa dla zrozumienia przemiany wewnętrznej, jaka zaczęła zachodzić w dr. Bruchalskim. Był to jeden z momentów przełomowych w jego duchowej biografii. Sytuacja, w jakiej się znalazł, okazała się bezprecedensowa – w jednej sali, zatrzymując akcję porodową, uratował dziecko przed śmiercią, a zaraz potem, w sali obok, podjął działania, które miały doprowadzić do śmierci innego dziecka, tym razem niechcianego. Ono jednak się urodziło, żyło, oddychało… A dr Plumb uświadomiła Bruchalskiemu, że lekarz ma pod swoją opieką nie jednego, lecz dwoje pacjentów. Tak też brzmiał pierwotny tytuł tej autobiografii w języku angielskim: „Two Patients” –„Dwoje pacjentów”. Rozmowa z dr Plumb była punktem zwrotnym w jego przemianie. Jej słowa przewartościowały wszystko, w co do tej pory wierzył. Zaczęła do niego docierać prawda, że kobieta w stanie błogosławionym nosi w sobie nie tyle jakiś biologiczny twór, ile małego człowieka, i że to maleństwo, tak jak i jego mama, ma ciało i nieśmiertelną duszę, ma prawo do życia, którym obdarzył je Bóg, że jest ono istotą ludzką powstałą na obraz i podobieństwo Stwórcy. Osobą godną takiej samej uwagi i troski lekarza jak jego mama.

Czwarty rozdział książki w bardzo szczegółowy, wręcz wstrząsający sposób opisuje pierwsze doświadczenie dr. Bruchalskiego z aborcją, oddając rzeczywistość dziecka, którego ciało stopniowo jest niszczone. Czy ten „pierwszy raz”, jak mówi tytuł rozdziału, wywołał u niego jakiś wewnętrzny wstrząs? Czym była dla niego aborcja?

John Bruchalski od dzieciństwa chciał zostać lekarzem, fascynowała go biologia, budowa ludzkiego organizmu i tajemnicze procesy w nim zachodzące. Był bardzo empatyczny, otwarty na ludzi, pragnął nieść pomoc innym i budził ich zaufanie. Już w młodości czuł powołanie do medycyny. Dlatego też podjął studia w tej dziedzinie na Uniwersytecie Południowej Alabamy, uzyskując tytuł doktora w 1987 r. Okres studiów i początki praktyki lekarskiej były jednak dla Bruchalskiego czasem słabnięcia jego wiary i rozluźnienia więzi z Kościołem. Czuł, że oddala się od Boga. Wtedy też stał się zwolennikiem aborcji, którą wykonywał wielokrotnie na życzenie pacjentek, uznając, że czyni to dla ich dobra.

Swoją pierwszą aborcję przeprowadził jako student trzeciego roku medycyny. Do asystowania podczas zabiegu został wytypowany przez dr. Cohena, który był jego profesorem, mentorem, ale też i przyjacielem, wybitnym specjalistą w zakresie ginekologii i położnictwa. Bardzo chciał sprostać wyzwaniu, jakie postawił przed nim jego mistrz. Przed rozpoczęciem aborcji przyszły jednak wątpliwości. Zdał sobie sprawę, że w ciągu kilku minut zatrzyma serce nienarodzonego dziecka, że odbierze mu życie. Odciął się jednak szybko od tego myślenia, pozostawiając Boga poza salą operacyjną. Gdy już było po wszystkim, ogarnęło go dziwne uczucie pustki, którego nie potrafił zrozumieć ani wyrazić. Zagłuszał jednak wyrzuty sumienia. Uważał, że najważniejsze jest to, by ufać pacjentce i pozwolić jej samej decydować o tym, co jest dla niej najważniejsze. Taki był dominujący w ówczesnej medycynie styl myślenia i postępowania, takie też stanowisko prezentował jego nauczyciel, którego podziwiał i któremu ufał – dr Cohen. John pod wpływem autorytetów ze środowiska naukowego, szanowanych i wybitnych specjalistów w swej dziedzinie, dość szybko zmienił swój światopogląd.

Z czasem aborcja stała się dla niego niejednoznaczną kwestią moralną – trzeba było rozważyć wszystkie „za” i „przeciw” danej sytuacji i podjąć najlepszą decyzję. Taki sposób myślenia, nazwany proporcjonalizmem, wpajano mu już w szkole oraz na zajęciach prowadzonych przez ojców jezuitów w prywatnej katolickiej uczelni Spring Hill College. Proporcjonalizm jako teoria etyczna zakładał, że normy moralne nie mają charakteru absolutnego, należy więc rozważyć wszelkie możliwe skutki dobra i zła wynikające z różnych działań i wybrać te, które przyniosą większe dobro albo mniejsze zło. „Gdy więc w czasie wojny żołnierze wrogiej armii wpadną do twojego domu i przyłożą pistolety do głów twoich bliskich – żony i dzieci, mówiąc, że jeśli wyrzekniesz się Chrystusa, twoja rodzina uniknie śmierci, ty musisz wybrać mniejsze zło – skłamać, by uratować bliskich. Pan Jezus i tak będzie wiedział, że Go miłujesz i uczyniłeś to w dobrej wierze” – taki typ rozumowania właściwy był dla proporcjonalizmu i tego rodzaju pytania stawiano Johnowi w szkole i na studiach, ucząc go, jak iść na kompromis z rzeczywistością. W kolejnych latach doszedł on do przekonania, że aborcję można usprawiedliwić niemal w każdej sytuacji, w jego świadomości przestała być postrzegana jako zło konieczne, a stała się czymś dopuszczalnym, a nawet „pełną empatii” formą „dobrej” medycyny.