Ostatnio pojawił się wpis polemiczny z moim tekstem na temat patroli obywatelskich, chciałbym odpowiedzieć Frankowi mojemu drogiemu koledze.
Coraz więcej obywateli chce działać samodzielnie na granicach Polski, by „bronić kraju przed migrantami”. Ale czy patrole obywatelskie to wyraz troski o bezpieczeństwo, czy raczej niepokojąca oznaka społecznego chaosu? I co mówi o nas samych język, którego używamy, by opisać drugiego człowieka – nawet jeśli przychodzi z zewnątrz? Debata o migracji przestała być wyłącznie polityczna. Stała się moralnym i symbolicznym testem, który pokazuje, jak bardzo jesteśmy podzieleni i przestraszeni. W cieniu kryzysów granicznych – z Białorusią, Ukrainą, a ostatnio z Niemcami – coraz więcej osób mówi: „dość!”. Pojawiają się patrole obywatelskie, oddolne ruchy, które deklarują ochronę granic. To reakcja na – ich zdaniem – bierność służb i obłudę mediów.
Z zewnątrz wygląda to jak manifestacja patriotyzmu. Ale z bliska – jak objaw głębokiego społecznego niepokoju. I pytanie: czy naprawdę chcemy, by każdy obywatel działał „na własną rękę” w sprawach bezpieczeństwa narodowego?
Obywatel kontra państwo – kto ma prawo do siły?
Patrole obywatelskie, choć bywają motywowane szczerą troską, mogą prowadzić do poważnych nadużyć: użycia przemocy wobec niewinnych osób, nielegalnych zatrzymań i przeszukań, naruszenia prawa międzynarodowego, prowokowania konfliktów z sąsiadami. Ochrona granic nie jest zadaniem dla osób działających bez przeszkolenia, uprawnień i odpowiedzialności służbowej. To rola państwa, które dysponuje odpowiednimi narzędziami i mechanizmami nadzoru. Jeśli zawodzi – trzeba domagać się skuteczności, a nie ją zastępować.
W polemice na temat migracji często pojawiają się przykłady brutalnych przestępstw dokonanych przez migrantów. Trudno je bagatelizować – bo każdy gwałt, morderstwo, napad budzi słuszne oburzenie.
Ale nie wolno na ich podstawie budować obrazu całej grupy. Takie myślenie to stygmatyzacja, która nie różni się niczym od mówienia, że „Polacy kradną za granicą” – tylko dlatego, że media opiszą kilkanaście przypadków.
Chrześcijaństwo nie zna moralności zbiorowej odpowiedzialności. Każdy odpowiada za swoje czyny, a nie za paszport, kolor skóry czy religię. Mamy prawo do bezpieczeństwa, ale nie kosztem godności drugiego człowieka.
Niepokojące jest to, jak często język debaty publicznej przypomina dziś język frontowy. „Inwazja”, „atak”, „obrona przed obcym elementem”, „oblężona twierdza” – to nie są pojęcia, które pomagają budować wspólnotę narodową. To pojęcia, które tworzą atmosferę wojny.
Im częściej tak mówimy – tym bardziej zaczynamy wierzyć, że jesteśmy oblężeni. I tym bardziej gotowi jesteśmy odrzucać wszystkich, którzy przychodzą z zewnątrz.
Nie sposób nie zauważyć, że Konfederacja coraz częściej buduje swój kapitał polityczny na strachu – szczególnie wobec migrantów i obcych narodowości. Zamiast proponować konkretne, prawne rozwiązania problemów – podsyca emocje, wykorzystuje pojedyncze przypadki przestępstw do tworzenia ogólnego zagrożenia, a patriotyzm sprowadza do hasła „Polska tylko dla Polaków”.
To niszczy zaufanie obywateli do instytucji państwowych, bo sugeruje, że państwo już nie działa, że służby są bezsilne, że jedynym ratunkiem są „my, prawdziwi Polacy z latarką w lesie”. Takie myślenie prowadzi nie tylko do anarchizacji debaty, ale i do upadku wspólnoty narodowej, która powinna być budowana na odpowiedzialności i solidarności – nie na lęku i odrzuceniu.
Czy to oznacza, że mamy nie reagować na zagrożenia? Nie. Ale jako chrześcijanie – i jako obywatele – powinniśmy zachować trzeźwość umysłu i serca. I nie pozwolić, by strach przesłonił człowieczeństwo.
Kiedy słyszymy ostrzeżenia, że dzisiejszy język przypomina propagandę z III Rzeszy, ZSRR czy Rwandy, wielu z nas się oburza. „To przesada!” – mówimy. Ale nie chodzi tu o porównanie skali zbrodni. Chodzi o mechanizm odczłowieczania, który zawsze zaczyna się od języka: od nazw, metafor, etykiet. Nikt nie zaczynał od pogromów. Zaczynano od tego, że pewnych ludzi przestawano uważać za ludzi. I dokładnie tego musimy dziś unikać – nie dla migrantów, lecz dla siebie samych.
Owszem, Polska ma prawo – i obowiązek – chronić swoje granice. Ma prawo oczekiwać od Niemiec i UE uczciwej polityki migracyjnej. Ma prawo rozliczać przestępstwa, niezależnie od tego, kto je popełnia.
Ale nie ma prawa budować tożsamości narodowej na strachu, wykluczeniu i uprzedzeniach.
Jeśli nie chcemy być społeczeństwem lęku i wrogości – musimy uczyć się rozróżniać między obroną a nienawiścią, między patriotyzmem a populizmem, między mądrością a impulsem.
Prawdziwa obrona granic zaczyna się od obrony wartości, które mają większe znaczenie niż mury i zasieki.
Filip Wojtusik – Absolwent studiów na kierunku Historia Europy Wschodniej, a obecnie kontynuuje naukę na studiach magisterskich na Papieskim Uniwersytecie im. Jana Pawła II. W wolnym czasie uwielbia gotować i podróżować.
“Historia jest świadkiem czasów, światłem prawdy, życiem pamięci, nauczycielką życia.” — Cyceron



