Na początek zarzucę mocną, aczkolwiek w mojej opinii słuszną tezę – w mediach nie istnieje coś takiego jak koniec pracy. Powiedzmy sobie szczerze, kogo w poniedziałek będzie interesowało, że piątkowej nocy mogła przejść trąba powietrzna albo fragment A4 był nieprzejezdny? W tej branży wszystko dzieje się tu i teraz, a jeśli nie jesteś na bieżąco lub masz trudności z działaniem pod presją, zostajesz znacząco w tyle. Skutek?  Z biegiem czasu ta ciągła gotowość zaczyna przeradzać się w styl życia. Praca skondensowana w telefonie, wakacje z laptopem w plecaku, myśli o nadchodzącym projekcie przy kolacji, sprawdzanie zaplanowanych postów w weekend – tak prezentują się realia współczesnego dziennikarstwa i choć z zewnątrz wygląda to jak pasja i pełne zaangażowanie, w rzeczywistości coraz częściej przypomina sieć wiecznych zobowiązań, z której trudno się wydostać.  

Dziś bycie offline wydaje się luksusem, na który nie każdy może sobie pozwolić. Redaktorzy, PR-owcy, specjaliści od marketingu żyją w permanentnej gotowości, mając na uwadze, że każda minuta zwłoki może oznaczać utratę zasięgów, innowacyjnego tematu lub klienta – a co za tym idzie – źródła zarobku. Z czasem ten stan ciągłego napięcia zaczyna być normalny, adrenalina miesza się ze zmęczeniem, a poczucie obowiązku z lękiem przed utratą determinacji. I tu największy paradoks: wielu zatrudnionych w tej branży naprawdę kocha to, co robi, czerpiąc satysfakcję z tempa, z kreatywności, z kontaktu z ludźmi. Problem pojawia się wtedy, gdy praca zaczyna wypełniać każdy obszar ich życia, gdy chwila odpoczynku budzi poczucie winy, a cisza wydaje się stratą czasu. 

Środowisko, medialne jest bardzo specyficzne. Tu szczególnie nagradzana jest rzetelność, szybkość i dostępność, zatem im więcej z siebie dajesz, tym więcej aprobaty uzyskasz, tylko że z czasem ta ambicja zaczyna mieć swoją cenę w postaci utraty zdrowia, relacji czy najprościej mówiąc świętego spokoju. 

Kochając to co robisz chcesz działać, bo czujesz radość, ale do pewnego stopnia. W najbardziej nieoczekiwanym momencie pojawia się lęk, że coś Ci umknie, że o czymś zapomnisz, że ktoś zrobi to lepiej, że przestaniesz być potrzebny, dlatego wielu ludzi nie potrafi odpuścić i podjąć tego ryzyka w postaci czasu pozbawionego dostępu do internetu.  

Pracoholizm nie pojawia się z dnia na dzień. Wkrada się powoli, pod pozorem intensywnego okresu w firmie albo kolejnego, istotnego projektu. Ostatecznie najpierw rezygnujesz z wolnego weekendu, potem z wieczoru z przyjaciółmi, aż w końcu nie pamiętasz, kiedy ostatni raz spędziłeś dzień bez telefonu w dłoni, bo to, co miało być chwilowe, staje się elementem Twojej codzienności. Pierwsze sygnały nadmiaru obowiązków są często bagatelizowane: ciągłe zmęczenie tłumaczone brakiem snu, rozdrażnienie presją, ale z czasem dochodzą kolejne objawy, takie jak trudności z koncentracją, bóle głowy, napięcie w ciele, a przede wszystkim niezdolność do prawdziwego resetu. Nawet gdy wyjedziesz, myślisz o tym, co dzieje się w redakcji, u klienta, w sieci, zatem odpoczynek przestaje być przyjemnością, a staje się źródłem niepokoju. Psychicznie też zaczyna się dziać coś niepokojącego: uczucie pustki, gdy obowiązków jest zbyt mało, zanikająca radość z małych sukcesów, bo zawsze można zrobić coś szybciej, lepiej, więcej …

Morał tych obserwacji jest bardzo prosty: pracujmy dla życia, nie żyjmy dla pracy, a wszystkim będzie funkcjonowało się lepiej!  

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (1 votes, average: 5,00 out of 5)
Loading...

Weronika Karteczka – Przyszła dziennikarka, której muzyka towarzyszy już od najmłodszych lat – kiedyś gra na gitarze i wokal, obecnie woli przysłuchiwać się temu z boku. Prywatnie pasjonatka sportu w każdej postaci, można by stwierdzić, że natura to jej drugie imię.