Gdy w tym roku, a drugi raz w życiu, wyruszałem na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy, nie spodziewałem się tego co mnie spotka. Inaczej rzecz ujmując – nie wiedziałem jak wielkie rzeczy szykuje dla mnie Bóg. W ubiegłym roku dosyć przypadkowo wziąłem udział w pielgrzymce. Bardziej poszedłem dla towarzystwa, niż nastawiałem się na jakieś nadzwyczajne przeżywanie tego czasu. Finalnie rok temu do Jasnej Góry ze względów osobistych nie udało mi się dotrzeć, co było jednym z powodów by ponownie wyruszyć na pielgrzymi szlak. Tym razem postanowiłem spotkać się z Matką Boską Częstochowską twarzą w twarz.
Moja pielgrzymka zaczęła się mszą świętą w kieleckiej katedrze, w której uczestniczyli strudzeni pątnicy. Byli już trzeci dzień w drodze. Ja miałem dopiero do nich dołączyć. Szukając miejsca w kościele zobaczyłem moich serdecznych sąsiadów. Stali pod obrazem Matki Bożej Łaskawej Kieleckiej. Bez większego zastanowienia przywitałem się z nimi i zająłem miejsce obok nich. Kościół był pełen ludzi. Pod koniec uroczystej mszy świętej, po przyjęciu komunii, spojrzałem na obraz Matki Bożej i pomyślałem: „Jutro z samego rana wyruszam z grupą czerwono-niebieską, a ja tam praktycznie nikogo nie znam. Moi przyjaciele idą w innej grupie, a ja sam wybrałem inną … do końca nawet nie wiem dlaczego. Niech się dzieje Twoja wola Panie, wszystko przyjmę co mnie spotka.”
Gdy następnego dnia o godz. 5.30 wyruszałem na pielgrzymkowy szlak, to od razu zacząłem poznawać nowych ludzi. Szybko okazało się, że złapałem wspólny język z braćmi i siostrami, bo na pielgrzymce wszyscy są dla siebie bliscy. Wiadomo – najlepszy kontakt zaczął się z moimi rówieśnikami, aczkolwiek z resztą też łatwo było się dogadać. Uderzyła mnie serdeczność i otwartość. Dosłownie z marszu zostałem częścią grupy, a wspólna modlitwa i rozmowy spowodowały, że wieczorem czułem się już w pełni zasymilowany.
Podczas całej pielgrzymki czułem niesamowite szczęście. Czerpałem garściami ze wszystkiego co mnie spotkało. Poranne wstawanie, czasem nawet o 3.30 aby zjeść wspólne śniadanie, czy wieczorny czas wypełniony radością i modlitwą, był błogosławieństwem dla mojej duszy. Spanie średnio po 4 – 5 godzin dziennie nie było odczuwalne. Liczyła się każda chwila. Człowiekowi po prostu było szkoda czasu na sen. Wszystko to działo się dzięki Bożej łasce.
Natomiast to co najważniejsze działo się w sercu. Idąc na Jasną Górę w swoim plecaku miałem kartkę formatu A4 z intencjami. Wypisałem ją od góry do dołu z dwóch stron. Czułem wagę tych intencji, szczególnie podczas codziennych mszy świętych. Mojego drugiego dnia pielgrzymowania zaczęło dziać się coś, czego na początku nie rozumiałem. Szczególnie po przyjęciu Pana Jezusa do swojego serca, ale nie tylko, zacząłem odczuwać totalny, wewnętrzny pokój i zaczynałem płakać jak dziecko, co w moim przypadku nie jest codziennością. Były to łzy szczęścia. Nagle poczułem jak zmienia się moje serce. Z perspektywy czasu okazało się, że jedną z najważniejszych intencji osobistych, o którą modlę się już kilka lat, Pan Bóg „zrealizował” już drugiego dnia pielgrzymki.
Czasami podczas modlitwy łamał mi się głos. Nie byłem w stanie wydusić z siebie słowa. Ręce same unosiły się do góry, a Duch Święty wypełniał serce. Czułem się swobodnie. Wokół mnie był żywy kościół.
Gdy spoglądałem na uczestników pielgrzymki, czyli na moje siostry i moich braci, to byłem pełen nadziei. Widziałem ludzi w różnym wieku, od dzieci po emerytów. Spotykałem osoby różnych profesji, od prawników po właścicieli salonów tatuażu. Na trasie otrzymywałem wiele serdeczności i radości. Mało kto narzekał. Wszyscy się wspierali i pomagali sobie w trudnych chwilach, które również się zdarzały. W mojej ocenie było to namacalne doświadczenie Kościoła pielgrzymującego, który ma jeden cel – zbawienie.
W ostatni dzień pielgrzymki, zanim dotarliśmy do Częstochowy, odbył się długi postój na tzw. „Przeprośnej Górce”. Jest to sanktuarium św. Ojca Pio, z którego pięknie widać na horyzoncie klasztor na Jasnej Górze. Zgodnie z pielgrzymkową tradycją po odbytym nabożeństwie, księża stanęli wokół tamtejszego kościoła i zaczęli spowiadać wiernych. Drugim elementem zwyczaju jest kupowanie kwiatów i wręczanie sobie ich wzajemnie, ale nie jako pusty gest sympatii. Był to gest połączony z wypowiadanymi słowami, które najczęściej brzmiały: „przepraszam, wybaczam i proszę o wybaczenie; dziękuję że jesteś” i wiele, wiele innych. Nastąpiło pojednanie z Bogiem i z drugim człowiekiem. Wszyscy podążaliśmy do Maryi z czystym sercem.
Sam moment dotarcia na Jasną Górę był czymś niesamowitym. Wielka radość i poczucie wdzięczności, za to, że się udało. Były łzy, wspólne zdjęcia i przede wszystkim tak długo wyczekiwanie wejście do Kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej. Przed obliczem Maryi odśpiewaliśmy „Z dawna Polski Tyś Królową”, co dla mnie też było swego rodzaju znakiem od Boga, ponieważ treść liryczna pieśni jest skorelowana z moją główną intencją pielgrzymkową.
Dzień po powrocie do domu, z samego rana zadzwoniłem do mojego przyjaciela, aby opowiedzieć mu o swoich doświadczeniach z ostatnich kilku dni. Ku mojemu zaskoczeniu nie byłem w stanie wyrzucić z siebie żadnych słów. Odebrało mi mowę. Nie wiedziałem co mam mu w sumie powiedzieć, ponieważ nie potrafiłem opisać tego co przeżyłem. Dzisiaj już wiem. Spotkałem Jezusa, naszego zbawiciela. Spotkałem go w moim sercu i w drugim człowieku. Zacząłem żyć.
Dziękuję wszystkim, których spotkałem na swojej drodze podczas tej pielgrzymki. Dziękuję nowo poznanym siostrom i braciom z grupy czerwono-niebieskiej, za każdą wspólne spędzoną chwile. Dziękuję księżom, klerykom i siostrom zakonnym za towarzyszenie i przewodnictwo. Dziękuję organizatorom i służbom porządkowym za bezpieczne dotarcie do celu. Dziękuję Tobie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny, że postawiłeś tych fantastycznych ludzi naprzeciwko mnie i przemieniłeś moje serce.
Na zakończenie chcę podzielić się fragmentem Psalmu 23, który szczególnie kojarzy mi się z tegoroczną pielgrzymką.
Psalm 23 (1-4)
Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć,
przywraca mi życie.
Prowadzi mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na swoje imię.
Chociażbym chodził ciemną doliną,
zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną.
Twój kij i Twoja laska dodają mi otuchy.
Paweł Kolasiński – Pasjonat życia. Kocha uprawiać sport, czytać książki i grać w na gitarze. Tematy polityczne, religijne i historyczne nie są dla niego wyzwaniem, a pasją. Zawodowo prawnik, który obecnie pracuje przy organizacji imprez targowych.


